Nie rozmawiajmy o tym

Przez przypadek nie rozpoznaję materiału, kształtów, nawet nie wiem, nie jestem pewien kto może ukrywać się za tą sukienką/spodniami/kształtami.

Za Jasiem idzie Małgosia, za Małgosią Hieronim, za Hieronimem wleczą się kształty. Pani polonistka chętnie przysłucha się ich dykcji, anatomii i gramatyce. Czasami coś ugotuje lub wzruszy się w rocznicę śmierci Mickiewicza. Na wschowskich chodnikach, w szparach, zalotnych pęknięciach, nieudanych inwestycjach, jej buty na koturnach rozpadają się na fragmenty. Ona nie jest budowlańcem, więc nie wie, że podobnie jak żydowskie nagrobki, kierownik budowy weźmie jej przypadkowo znalezione obuwie za wkład w remont. Gmina rozdziawi gębę, będzie miło, jak zawsze, ale i tak nie zapalisz tam papierosa.

Przez przypadek nie rozpoznaję ciebie. Okłamią nas, nawet wtedy, kiedy zdecydujemy się razem zjeść śniadanie. Nie rozmawiajmy wtedy o tym.

Pani burmistrz tańczy tango z Al Pacino

Mój drogi

Wszystko się traci. Niby nie. Ale chyba z wiekiem nie ma dnia, żeby było inaczej. Zresztą trudno powiedzieć. Najpierw apetyt, potem sylwetkę, na końcu pan Witek zakleja ci usta, oczy, wypełnia ubytki po zębach, żeby jako tako, wdzięcznie i nie byle jak.

Nie wiadomo dlaczego. Noce się wydłużają, niby tyle samo godzin, a jednak. Z miejsca na miejsce. Więcej można w nocy. Nagle to odkrywasz. Nikt i nic nie mówi. Lokalni politycy śpią i śnią o tym, że w tłumie ktoś ich rozpoznał. Pani burmistrz w nocy zatańczy z Al Pacino tango, a pan, który nie jest burmistrzem nie spóźni się na samolot u Kieślowskiego, bo przypadek Kieślowskiego nie toleruje wyjątków. Gorzej może być tylko na jawie. Proszę ich nie wkurwiać, bo sobie tego nie życzą, a przy tym się starzeją. Kup im jakieś odżywki na stacji paliw.

Sąsiad też śpi, pies, którego nie ma oraz inni domownicy.

ja z innego komputera

Nie jesteś queer

A widziałem cię dzisiaj, lokalnego polityka o poranku z koszulą na wierzchu. Paliłem, bo lubię palić rano, sześć szlugów nim wyjdę do pracy i mocną kawę od której starzeje się skóra. Ty chyba dbasz o cerę? Kremy, odżywki? Zbierasz korzenie i gałęzie z chodników, przepuszczasz starsze panie w drzwiach, jeżeli się trafią, jeżeli nie, to nie wiesz, co zrobić ze sobą. Nawet nie jesteś queer, do klubów nie chodzisz, chciałbyś nocną Wschowę zabić, jak ruinę, gwoździami. Puknij się w łeb.

Nie lubię rowerów i publiczności i tych wszystkich w dobrym tonie uśmiechniętych, bo tak jest lepiej w życiu. A skąd wiesz?

Widziałem cię wczoraj, lokalnego polityka o poranku z koszulą na wierzchu. Nie malujesz oczu, nie nakładasz bazy i nie pokryjesz powieki żadnym cieniem. Nie wiesz co to kreska. Nie jesteś queer. Więc nie, nie kręć się tutaj w pobliżu, kiedy palę sześć szlugów przed pracą i piję mocną kawę, od której starzeje się skóra.

Nie wszyscy to znajomi

Mój drogi

Nie uwędzimy wszystkich samochodów, które nasi znajomi z facebooka umieszczają na tablicy. Nie wszyscy to znajomi, nie każdy posiada profil. Ale tych zmusimy, żeby założyli. Zdjęcia ogródków, remontów, hałasów, zapalniczek, selfie albumów, tępych wyrazów twarzy na rondzie, przy kurniku, na dachu, pod mostem. Zrobimy to. I wtedy podpalimy miasto.

Wiesz przecież, że polityka to nie jest od rana do wieczora intensywne wykreślanie ze słownika kolejnych wariantów zdań. O czym rozmawialibyśmy ze sobą, gdybyśmy wydarli ostatnie kartki? Paląc papierosy i robiąc to wszystko, na co mamy ochotę?

Powiedz mi tylko, kiedy będziesz gotowy. Wezmę wtedy urlop. Dzieci wyślę w drogę. Zabiorę kilka książek. Kupię papierosy.

ja z innego komputera

Nie budź mnie

Mój drogi

Ponoć nad Nowym Jorkiem ukazała się twarz Władimira Putina. Z ptaków. Ale nie z tych ptaków. Nie. Tak dobrze nie ma. Ze szpaków czy jakoś tak. Zleciały się w liczbie ogromnej zapewne. Chyba tym zlotem zasłoniły wszystko. Planety, słońca, chmury. Nie można było niczego przewidzieć. Czy będzie upalnie przez cały dzień, deszczowo, drzewa się połamią, czy odwrotnie. Nic. Tylko twarz Putina. Co to za człowiek ten Putin, że go tak ptaki uwielbiają. Nie wiem. A ty? Słyszałeś?

Nie budź mnie do życia. Bo wiem co to jest apetyt. Nie ma końca. Wszystko wtedy jest możliwe. Nie ma dwóch planet, jest androgynia, Ella Eyre z koncertu w Glastonbury, Pilch, bo lubisz Pilcha, nic o lokalnej polityce, bo lokalnych polityków masz za sfrustrowanych chłopców, którzy miasto traktują jak kozetkę u psychoanalityka, papierosy ponad stan posiadania. Więc nie, nie budź mnie. Apetyt to nic innego jak cyklofrenia. Bez żartów.

Widziałem dzisiaj jak kobieta dźwiga zakupy. Niby nic szczególnego. A jednak. Gdzie ona to wszystko kupiła? Marchewki, golarki, dezodoranty, podpałki i prasę? Było tego więcej, stanowczo. Uginała się pod tym ciężarem niedzielnego obowiązku. Ani psa przy niej, dzieci, nikogo. Sama. Gdzieś tutaj nieopodal musiała tego wszystkiego dokonać. I jeszcze upał. Więc sobie wyobraź.

Spotkamy się albo się nie spotkamy

Wydawało mi się, że tak jest dobrze. Mogłem tak pomyśleć, usłyszeć lub w inny sposób uznać, że dzieciństwo jest Zagładą. Najczęściej w takiej sytuacji wzywani są ratownicy medyczni. Po szkoleniach i różnych takich. Nie wiem, jak to dokładnie przebiega. Kto ich wzywa. Każdy powód jest dobry. Może mózg, może serce nie wytrzyma, nierozpoznana cukrzyca. Jest tego dosyć. Freud był zdania, że można dotrzeć do dziecka. I wszystkie znajome usterki, spisane, zaobserwowane jeszcze raz omówić, wyłowić z historii pacjenta i dokonać retuszu. Dorosłość jednak niesie ze sobą tylko podejrzenie, że było się kiedyś dzieckiem. Takie to jest mętne, jak sześć stóp błota.

Nie wiem kto to zaplanował. To całe zmartwychwstanie/dorosłość. W przeciwnym wypadku wzywa się Freuda, psychologów, terapeutów, poradniki, domaga się szkoleń, weekendowych wyjazdów. Można się w to wkręcić. To tak, jak u psalmisty: głębina przyzywa głębinę. Innymi słowy dziecko/Freud/psycholog/terapeuta/poradniki przyzywają dziecko, a dorosłość dorosłość.

Dlatego kiedy już wyjedziesz i zapomnisz o wszystkim, spotkamy się albo się nie spotkamy.

Prywatne jest polityczne

Mam ochotę wykrzyczeć to i owo. Nawet mam punkt odniesienia, czyli tekst Sławomira Sierakowskiego naczelnego Krytyki Politycznej, który jakiś czas temu pisał (poniekąd) o swoim związku z Cvetą Dimitrovą i tym samym wywołał do tablicy starą zasadę, która mówi, że prywatne jest polityczne. Ten gest uruchomił wtedy lawinę komentarzy i to nie tylko w środowisku KP, ale również poza jej granicami. Można było wtedy dokopać autorowi. Był, załóżmy, powód. Prywatność tym samym traciła na polityczności. Stawała się trywialną pożywką dla osób, redakcji i środowisk, które w dupie miały tego rodzaju rozróżnienia. Jeżeli ten lub ów się wystawiał, należało wymierzyć odpowiedni klaps, bo przecież prywatność jest tajemnicą, do której nikt nie powinien mieć dostępu. Przynajmniej tak to oceniała druga strona, co z całą stanowczością ujawniło się przy okazji medialnej zawieruchy wokół Kingi Dunin, domagającej się zwrotu pożyczki, o której z jakichś powodów zapomniał na jakiś czas pisarz Ignacy Karpowicz.

Nie wiem, nie zawsze jestem pewien, czy dzisiaj cokolwiek oddziela lewicę od prawicy. Ale po tekście Sierakowskiego byłem skłonny uznać, że prywatność można wystawić na sprzedaż. I to jest być może dzisiaj główna zaleta lewicy. Że jest skłonna do takich gestów.

Gdybyś była radną z NWNS

Przeczytałem wpis na twoim blogu. Chociaż zdaje się, że blog nie jest tylko twój, ale upierasz się, że jest. W sumie – jeżeli dobrze rozumiem doniesienia z samorządowych przedszkoli – jest i nie jest. Więc w połowie na pewno tak, a w połowie – podejrzewam – nie. Gdybyś była radną z NWNS pewnie w okolicach trzeciego zdania zmarszczyłabyś brwi i węszyła intelektualne lenistwo, bo albo coś jest, albo tego czegoś nie ma przecież, ale radną nie jesteś, chociaż pewnie ten obóz kochasz aż po grób, bo jak ich nie kochać.

Mam z tym problem w każdym razie, z twoim wpisem, kilkoma akapitami.

A tak na marginesie, myślisz, że radni z komisji rewizyjnej węszą wszędzie? Dotrą do IP Pawła z Tarsu i pogrożą palcem Kierkegaardowi? Prawdę mówiąc po cichu na to liczę. Niech ktoś w końcu rozstrzygnie czy współczesne chrześcijaństwo jest boskie (Jezusowe) czy ludzkie (Pawłowe). Gdyby założyć, że ten pierwszy był zbyt radykalny (boski), żeby założyć jakąkolwiek wspólnotę, a ten drugi na tyle tolerancyjny (ludzki), że nie miał z tym problemu, to nie sądzisz, że właśnie tym powinni zajmować się przewodniczący komisji rewizyjnej i tej drugiej? Gdyby rozwiązali raz na zawsze jedną z kosmicznych dychotomii, to – tak podejrzewam – złotówki i euro do gminy płynęłyby szerokim nurtem.

A wracając do twojego wpisu, który jest twój, tylko blog niekoniecznie, to natury nie sposób sprowadzić do mitu, a osoby, która biegnie do gawiedzi, która przygląda się wysiłkowi.
Przyłącz się więc, będzie raźniej.

Jest coś więcej

Nie pamiętam, kiedy na nich trafiłem. Dobrych kilkanaście lat temu. Pewnie wtedy tę historię, jeżeli dobrze pamiętam, nie miałem z kim omówić. I zdaje się pozostało tak do dzisiaj. Ale za to wczoraj trafiłem na punkt odniesienia za sprawą Feliksa Falka, który dla teatru telewizji wyreżyserował sztukę teatralną Savyon Librecht ,,Rzecz o banalnej miłości”, dramat nawiązujący tytułem do reportażu sądowego Hanny Arendt ,,Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła”.

Właściwie na tym wpis na blogu powinien się urwać, ale żeby to nie zabrzmiało zbyt lakonicznie dla mnie samego, gdybym tutaj kiedyś jeszcze wrócił, to wymaga ten zapis niezbędnego uzupełnienia.

Więc w 1927 roku Irena Krzywicka dostała zlecenie na wywiad z Tadeuszem Boyem-Żeleńskiem dla ,,Wiadomości literackich”. Ona miała 28 lat, a on 53. Jak pisze Agata Tuszyńska w biografii Krzywickiej od tego czasu cała Warszawa plotkowała o ich romansie. Tak by wyglądała w skrócie historia tych dwojga.

Trzy lata wcześniej w Niemczech Hannah Arendt rozpoczyna studia w Malburgu, gdzie poznaje Martina Heideggera, który w 1928 zostaje profesorem filozofii, a rok wcześniej staje się autorem dzieła ,,Bycie i czas”, które ma nieprzeceniony wpływ na filozofię XX wieku. W każdym razie, kiedy się poznają on ma 35 lat, Arendt zaledwie 18. Nie wiem czy w tamtym czasie któreś z miast niemieckich plotkowało o romansie wybitnego filozofa i przyszłej, wpływowej myślicielki XX wieku. Istotne jest, że to, co ich łączyło w końcu wyszło na światło dzienne, a końcem ich przyjaźni była śmierć Hanny, która miała miejsce w 1975 roku.

Czy coś z tego wynika? Dla mnie wiele, dla czytelników tego bloga, których jest dwóch również, dla pozostałych raczej niewiele. W każdym razie, żeby tego wpisu nie przedłużać, w końcu wczoraj odkryłem, że jest coś więcej niż miłość i to coś więcej, najkrócej rzecz ujmując sprowadza się do dość trywialnego pojęcia wspólnoty/więzi intelektualnej. Bo za biograficzną smołą pojęć, oblepiającą tych czworo osób, które to pojęcia sprowadzają się do pozornych kluczy-wytrychów typu: romans, cała Warszawa, NSDAP, gorszycielka, nazizm, żydówka, filozofka itp., etc. pozostaje lub może przynajmniej pozostać siatka pojęć, która przezwycięża biograficzne skróty myślowe. I wtedy może wyłonić się coś więcej niż pojęcie miłości. Coś mocniejszego, trwalszego, a nawet wiecznego w rozumieniu chrześcijańskiej, eschatologicznej potrzeby powrotu do źródeł.

I to wszystko na dzisiaj.

Wystarczy przyswoić dwie, wykluczające się możliwości

Nie wiem, co Polak i katolik, patriota i sarmata powinien w pierwszej kolejności. Przeczytać wywiad rzekę ze Stanisławem Likiernikiem czy obejrzeć film Miasto 44? Ani ze mnie Polak, ani tym bardziej Sarmata, więc odpowiedzi nie znam. Tak sobie tylko te wątpliwości mnożę na okoliczność wpisu. Bo wpis, jakikolwiek, nawet na blogu, bezpiecznie oddziela mnie od tego typu wątpliwości.

Sprawdzają się za to intencje autorów filmu. Nie ma historii, ale jest za to miłość w czasach apokalipsy. Wolałbym się mylić i kuchenne stoły zarzucać mapami patriotycznych uniesień, ot tak, na przekór, zdając sobie sprawę, że mój gest jest wpisany w historię tysiąca tego typu gestów. Ale to tylko osobny, świadomy wybór, dokonany z ciekawości, byle tylko zaspokoić chęć posiadania wiedzy na wypadek, gdyby realizowanych było więcej niż jeden z możliwych scenariuszy.

W przeciwnym wypadku pozostaje wrażenie dość konsekwentnie zaczarowanej iluzji kobiety-matki (graną przez Zofię Wichłacz) i kobiety-kochanki (w tej roli Anna Próchniak). Cała miłość w czasach apokalipsy. Zręczna, celowa i odporna na opinie ostatnich żołnierzy Kedywu.

Stąd wybór wydaje się fałszywy, bo zakłada, że jedna lub druga pozycja wykluczają się nawzajem. Dlatego też bajka Fredry o osiołku, który nie potrafi się zdecydować również prowadzi na manowce. Nie trzeba wybierać między jednym a drugim. Wystarczy dwie pozornie wykluczające się możliwości przyswoić, nie czynić z nich antagonizmów.